Aconcagua – mega zjeżdżalnia

„O kurna! Ale zjeżdżalnia!" - wydusiłem z siebie między jednym, a drugim sapnięciem.
„Prawie tysiąc metrów przewyższenia i średnie nachylenie w granicach 45 stopni" - tyle tylko wystarczyło na streszczenie dziesiątek zasłyszanych w kraju opinii na temat tej ściany. „O conasse!" - wyrwało się Benkowi - „no może z wyjątkiem 60 stopniowej górnej partii" - dodał po chwili nieco ciszej. Nie mogliśmy od niej oderwać wzroku.

„Jeden błąd i fruuuu - lądujesz kilometr niżej.  Po drodze zdążysz tylko pomachać chłopakom w obozie..."- przez głowę przelatują mi wyjątkowo plastyczne projekcje opowieści, którymi hojnie uraczyli nas schodzący w doliny wspinacze - puzzle, holenderski przewodnik, snowboard, narty, szaleństwo... Żeby tylko nie okazało się, że nasz pierwszy wyjazd do Ameryki Południowej będzie zarazem ostatnim.

andy 2

Był początek lutego - to miała być nasza pierwsza wizyta w Ameryce Południowej. Do odlotu samolotu do Santiago został jeszcze tylko tydzień, a my wciąż nie mieliśmy niezbędnych do wykupienia rezerwacji pieniędzy. Moi przyjaciele w podszytym desperacją pośpiechu „zamykali" sesję zimową, ale tak naprawdę nic nie zaprzątało bardziej naszych myśli, niż pozostające bez odpowiedzi pytanie: „gdzie jest, do cholery, ta pieprzona kasa?!"  Jak zwykle kwestia wyjazdu wisiała na włosku do ostatniej chwili. Trudno sobie wyobrazić naszą ulgę i ogromną radość, gdy cztery dni przed planowanym rozpoczęciem naszej freeride'owej wyprawy na konto wpłynęły wreszcie z niecierpliwością wyczekiwane pieniądze od sponsora. Napiętą atmosferę rozładował ostatecznie Benoit, decyzję o swoim uczestnictwie w wyprawie podejmując na dwa dni przed odlotem. Zaczynało spełniać się nasze wielkie marzenie  - pierwszy na świecie zjazd snowboardowo-narciarski „Direttissimą Polaków", drogą prowadzącą przez wschodnią ścianę najwyższej góry obu Ameryk, Aconcagua (6958 m n.p.m.).

Myli się ten, kto przypuszcza, że wraz z zakończeniem wszystkich spraw organizacyjnych w kraju i znalezieniem się na pokładzie odlatującego do Chile samolotu skończyły się nasze problemy. Na lotnisku w Santiago czekała na nas niespodzianka, na wieść o której nasze ciała pokryły się (pasującym do sytuacji, ponieważ temperatura powietrza wynosiła około 30 stopni C) lodowatym potem. Okazało się, że... zaginął nasz bagaż, a dokładnie najważniejsza jego część: pokrowiec z całym sprzętem zjazdowym. Freeride'owa wyprawa bez desek?! Po kilku godzinach oczekiwania na informacje okazało się, że wszystko zgodnie z planem poleciało do Santiago, tyle że nie „de Chile" tylko „de Compostella"... w Hiszpanii. Paranoja! Nie wiedzieliśmy, czy śmiać się, czy płakać. Po krótkiej dyskusji oświadczyliśmy przedstawicielowi KLM, że na sprzęt czekać będziemy w Punta de Vacas w... Argentynie. Miejscu, skąd mieliśmy wyruszyć wraz z „gaucheros" i mułami w trzydniową karawanę do Plaza de Argentina, bazy pod Lodowcem Polaków.

Czas oczekiwania na zagubiony ekwipunek upłynął nam pracowicie na załatwianiu pozwolenia na wspinaczkę, organizowaniu karawany oraz rozmowach  ze schodzącymi z góry wspinaczami. Ci ostatni pukali się w czoło, zrozumiałym w większości kultur gestem, na wieść o naszych szalonych planach. Rzeczywiście, fakty nie przemawiały na naszą korzyść - w tym roku mieliśmy być dopiero drugą ekipą, która porywała się na Diretkę Polaków, najtrudniejszą drogę na wschodniej ścianie Aconcagua. Pierwsza próba zakończyła się groźnym wypadkiem - belgijski przewodnik runął z górnych partii ściany i po blisko tysiąc metrowym ślizgu „zjeżdżalnią" zatrzymał się w okolicach drugiego obozu. Dobrą wiadomością było to, że zdarzył się cud i Belg przeżył. Złą, że był tak połamany, iż przypominał puzzle. Resztki unoszącego się w powietrzu defetyzmu rozwiewaliśmy za pomocą kolejnych browarów „Los Andas" (czy coś w tym rodzaju),  o zacnej pojemności 0,66 litra. W tak radosno - chmielowym nastroju doczekaliśmy nadejścia tęsknie wyczekiwanej chwili.

Ostatnią przed wyruszeniem w góry, suto zakrapianą „cervezą" argentyńską „parilladę" jedliśmy w dziwnym skupieniu i ciszy. Smakowite mięso tym razem z trudem przechodziło przez ściśnięte gardła. A więc zaczęło się...

andy 3
Wciągnęła nas codzienna wyprawowa rzeczywistość - w górę i w dół, w górę i w dół - zdobywanie aklimatyzacji i przenoszenie sprzętu do wyższych obozów. Sporo zabawy dostarcza też obserwowanie przechodzących przez strumyk kolejnych amatorów zdobycia szczytu. Potoczek nie ma więcej niż metr szerokości, jednak kłopot tkwi w płacie leżącego za nim, pokrytego miękkim śniegiem lodu. Robi się kolejka - część nie ma pojęcia jak to zrobić, inni zaczynają ubierać raki. Wokół wszystkiego kręcą się, klnący na czym świat stoi, przewodnicy. Przypominają mi się nasze własne miny, kiedy kilka dni wcześniej usiłowaliśmy przejść z ważącymi chyba tonę plecakami przez wezbraną rzekę. Pomimo rozpiętej między brzegami liny, zanurzony po pas w wodzie widziałem oczami wyobraźni spływającą w kierunku baru z piwem „kolorowe rafty", czyli nasz snowboardowo-narciarsko-wspinaczkowy ekwipunek. A nas samych w ślad za nim. W końcu wszystkim udaje się szczęśliwie pokonać przeszkodę i ruszamy w górę. Dochodzimy do ostatniego fragmentu podejścia, gdzie zaczyna się prawdziwa „zabawa". Okazuje się, że tak naprawdę wcale nie jesteśmy takimi twardzielami, jak nam się wydawało. „Cholera, co się dzieje?!" - czujemy się, jakby ktoś wypuścił z nas powietrze. Jeszcze dziesięć minut wcześniej zasuwaliśmy jak małe lokomotywy, by po chwili pełzać jak robaki. No tak, objawy choroby wysokościowej pojawiają się zawsze, u jednych wcześniej, u innych później. To taka przypadłoś, przed którą nie da się ukryć. Kiedy wreszcie udaje się nam znaleźć odpowiednie miejsce i rozbić namiot, jestem w stanie jedynie bezwładnie wpaść do jego wnętrza i odpłynąć w krainę, w której mój własny mózg nie stara się na siłę wydostać na zewnątrz uszami.

Czy dobrze czy źle, zawsze przychodzi pora na najprzyjemniejszą część dnia, czyli „kokoszenie się" w cieplutkich śpiworach, granie w karciochy i gaworzenie o mało istotnych sprawach. Jeśli akurat któryś z nas wygrywa podejrzanie często, reszta bez zastanowienia zaczyna podważać jego męskość, a rozmowy niby przez przypadek zbaczają ku problemowi rogacizny. Jeszcze jedno zwycięstwo i już bez żadnego obciachu rozważamy z kim akurat w tym momencie baraszkuje dziewczyna delikwenta. Wypełniwszy jako tako żołądki i zaspokoiwszy pragnienie układamy się wygodnie w śpiworach i z nudów kombinujemy, czy członkowie śpiącej tuż obok „Pierwszej Wyprawy Homoseksualistów w Góry Wysokie", grając w karty mają takie same problemy jak my. Spokoju nie daje nam też kwestia ich ilości - czyżby nieparzysta ilość osób w grupie miała kryć w swych szeregach jakiś trójkącik? Temat wart rozwinięcia w jakimś tasiemcowym serialu.

Przewracam się z boku na bok: „Dlaczego do diabła nie mogę usnąć?" Zazwyczaj zajmuje mi to kilka sekund. Tymczasem mijają kolejne minuty, które niezauważenie stają się godzinami, a ja nadal wiercę się w śpiworze. Obok  siebie słyszę regularny oddech Liszki, który swoim zwyczajem, mając wszystko gdzieś, śpi sobie w najlepsze. Ja tymczasem, jak zwykle przed trudnym zjazdem, liczę owce, myślę o szczegółach nadchodzącego dnia i nie daję odpocząć rozgorączkowanej głowie.

Budzę się wyrwany z głębokiego snu dochodzącymi z namiotu Dominika i Benka krzykami. Okazuje się, że jest już prawie siódma i przespaliśmy o ponad trzy godziny pobudkę. Klnąc paskudnie, wytaczamy się ze śpiworów. Nie ma już czasu na jedzenie, jeśli chcemy mieć jakąkolwiek szansę na zjazd „Direttissimą". Z rozsądku więc przegryzam tylko tabliczkę czekolady, wypijam kilka łyków herbaty i szybko wskakuję we wspinaczkową uprząż. Ściana jest na tyle ostra, że aby zachować jakiekolwiek pozory bezpieczeństwa i jednocześnie jak najszybciej pokonywać dzielące nas od wierzchołka metry, wiążemy się liną i rozpoczynamy wspinaczkę. Zawiązując węzeł przypominam sobie, zasłyszaną jeszcze w Punta de Vacas  opowieść o belgijskim przewodniku. „Zjeżdżalni mi się zachciało!" - po cichutku wracają odczuwane jeszcze w dolinach lęki. Po plecach przebiegają zimne dreszczyki, ale już za moment śmiejemy się na myśl, że byłaby to w sumie całkiem niezła historia do tiwi. W końcu zawiera w sobie to, co widzowie lubią najbardziej - „krew i flaki". A niejako przy okazji puściłoby się blok reklamowy.

Pogoda psuje się coraz bardziej - słońce znika za napływającymi zza grani chmurami. Z nich to właśnie  - początkowo słabo, a z czasem coraz mocniej - zaczyna padać śnieg. Wzmaga się wiatr, który dodatkowo utrudnia, i bez tego wymagającą sporego wysiłku, wspinaczkę. Czekan, czekan, rak, rak... -  i tak w ślimaczym tempie pokonujemy kolejne metry ściany. Mam wrażenie, że jeszcze chwila, a serce wyskoczy mi piersi. Co kilka metrów zatrzymuję się, by odpocząć na wbitym w lód czekanie. Przed najtrudniejszym fragmentem drogi postanawiamy nieco dłużej odsapnąć. Nagle prowadzący Dominik odwraca się gwałtownie! Na jego pokrytej upiorną bladością twarzy maluje się coś, czego jeszcze nigdy dotąd na niej nie widziałem. Wyraźnie jest czymś zdenerwowany. Drżącym ruchem ręki pokazuje mi pobliskie skały. W sekundę później dostrzegam to, co i on - na skałach leży poskręcana sylwetka człowieka. Wyraźnie widzę sczerniałą twarz, rozwiane przez wicher włosy, kościste palce dłoni, rozcapierzone jakby w agonalnym skurczu. Stoimy jakiś czas jak skamieniali, nie mogąc wydobyć z siebie słowa. W całkowitym milczeniu zaczynamy wspinać się dalej, teraz jednak wydaje nam się to jeszcze trudniejsze. W końcu ten człowiek zleciał z miejsca, które za chwilę będziemy pokonywać - najpierw w górę, a później, podczas zjazdu, w dół. W dodatku nieustannie psująca się pogoda stawia pod znakiem zapytania możliwość zjazdu. Pokonujemy szczelinę lodowcową i w stającym coraz bardziej dęba lodzie pniemy się w górę. Wreszcie nachodzi chwila podjęcia trudnej decyzji: na czym bardziej nam zależy - na osiągnięciu wierzchołka (co praktycznie uniemożliwi, w panujących warunkach, powrót tą samą drogą), czy na zjeździe „Direttką". Oczywiście decydujemy się na to drugie rozwiązanie - celem wyprawy jest w końcu mega zjazd. Sprawa jest prosta: na drodze, którą musielibyśmy ewentualnie schodzić ze szczytu nie ma śniegu, więc postanawiamy odpuścić sobie tym razem zaliczenie najwyższego piku obu Ameryk.

Ponownie czuję dreszcz emocji - pierwszy, pięćdziesięciometrowy fragment musimy pokonać zjazdem na linie. Nachylony pod kątem 60 stopni twardy lód nie daje żadnych możliwości wczepienia się krawędziami snowboardu lub nart. Dopiero teraz dostrzegam „lufę" uciekającej spod nóg ściany. „Boże! Jak my tędy zjedziemy?!"- dają o sobie znać spóźnione dylematy. Już samo zapięcie desek sprawia tyle problemów, że tracimy na to blisko pół godziny.

Najtrudniej jest się przemóc i wykonać pierwszy skręt - nachylenie stoku jest tak duże, że uniemożliwia normalne kręcenie. Zamiast niego wykonuje się z wybicia przeskoki o 180 stopni, którym często towarzyszy asekuracyjne wbicie dziaby. Ma ono zapobiec obsunięciu się po oblodzonym stoku, czyli niechybnej tragedii. „Tu nie popełnia się błędów..." przypomina mi się zasłyszane gdzieś powiedzenie, które pasuje jak ulał do sytuacji.

Pierwszy skok -  z początku jeszcze niepewnie. Staram się maksymalnie kontrolować krawędzie. Motywacji dodają mi myśli o belgijskim przewodniku oraz nieżywym, leżącym na skałach wspinaczu. W pewnym momencie podnosi się nieco pułap chmur i możemy przez chwilę podziwiać ścianę, którą przysuwamy. Kiedy indziej byłoby to wspaniałe przeżycie, ale nie teraz. Odjeżdżam nieco na bok, by  lepiej skadrować fotę z walczącym na snowboardzie Benkiem. „Rany boskie! Ale lufa!" - dobrze, że pod wpływem wysokości i zmęczenia dociera to do mnie jakby przez mgłę. Trzy, cztery skoki i odpoczynek. Nie mam pojęcia ile to trwa - czas biegnie gdzieś obok zamknięty w miarowym rytmie skrętów i odpoczynków. Wydaje mi się, że jesteśmy w innym wymiarze - jest tylko ściana i my. To efekt maksymalnej koncentracji na tym, co w tym momencie robimy.

Tymczasem, coraz częściej pojawiają się jakieś inne, rozpraszające uwagę, myśli: o ciepłym śpiworze, o herbacie i odpoczynku... Przez całe ciało przebiega dziwne drżenie. „Jeszcze chwila, to już niedaleko..." - ze zmęczenia odklepuję mantrę. Na szczęście im bliżej biwaku, tym coraz bardziej maleją trudności i w końcu możemy rozkoszować się jazdą.

Kiedy wreszcie wypinam się z wiązań i siadam obok namiotu czuję się baaardzo zmęczony. Zmęczony i ogromnie szczęśliwy! Padamy sobie z chłopakami w ramiona - „Udało się! Jeszcze raz się udało! Czas poszukać kolejnej mega zjeżdżalni".