Gdzie Północ spotyka Południe

W góry Atlasu najlepiej ruszać z Marrakeszu.


Ciągnąca się kilometrami wstęga asfaltu łącząca turystyczną stolicę z miejscowością znaną z rajdu Dakar – Quarzazate, wije się niczym ujście Amazonki.

Serpentyny pną się coraz wyżej i wyżej ku ośnieżonym szczytom Atlasu. Tędy właśnie wiedzie droga ku poznaniu innego Maroka. Bramą jest przełęcz Tizi n’Tichka, położona na wysokości 2260 m n.p.m. Za nią zostają tłumy turystów i bogata architektura królewskich miast Północy. Przed nią rozciąga się kraina Berberów.

Z każdym kilometrem pokonywanym w górę, ku przełęczy, kurczy się nitka zielonych upraw wzdłuż rzeki. Zieleń wypiera wszędobylska ochra, z którą kontrastują plamy oślepiającej odbitym światłem śnieżnej bieli. Coraz mniej ludzi, coraz uboższe osady i miasteczka. Widać wraki wypalonych samochodów. Wystarczy rzęsisty deszcz na stromej i krętej drodze czy zbyt szybko pokonywany zakręt, aby samochód wylądował na dachu w rowie. Przy drodze zostaje rozpaczający człowiek w dżelabie.

397826_490750897646894_872926865_n

W końcu pojawia się przełęcz, a za nią księżycowe krajobrazy Antyatlasu i pustyni. Za przełęczą w lewo odbija niepozorna, łatwa do przegapienia, droga do Doliny Ounila. Asfalt znika. Już kilka kilometrów po zjechaniu z głównej drogi z Marrakeszu do Quarzazate zastępuje go kamienista, pełna wyrw droga wykuta w górskim zboczu. To dawna trasa karawan zmierzających do Kazby Glawich, rezydencji pałacowej i siedziby władców potężnego plemienia Glawa. W drugiej połowie XIX wieku i pierwszej XX wieku władcy wywodzący się z tego rodu sprawowali władzę na terenach całego Atlasu Wysokiego. Dzisiaj leżąca jedynie 21 kilometrów od przełęczy Tizi n’Tichka w urokliwej miejscowości Telwet kazba jest już tylko malowniczym, acz niezamieszkałym świadectwem dawnych czasów świetności.

Upływające lata zmieniły górską ścieżkę w trasę, którą można się wybrać jedynie samochodem terenowym. Albo, jak większość zamieszkujących dolinę potomków Berberów, pieszo. Berberowie mieszkają tu od wieków. Ten wojowniczy lud, który kiedyś władał górskimi i pustynnymi terenami Afryki północno-zachodniej do dziś żyje w plemiennych wspólnotach. Zdołał zachować odrębność kulturową i stare obyczaje. Dzisiaj ci wojownicy o jasnej skórze i błękitnych oczach słyną raczej z subtelnego rzemiosła niż waleczności. Turystom proponują przepiękne dywany z symbolicznymi, przypisanymi do każdego klanu, wzorami.

Kolejne małe wioski na wijącym się doliną Ounila szlaku są nieodmiennie takie same. Wokół kazby, najbardziej wystawnego i przypominającego zamek domu miejscowego bogacza, skupiają się ubogie domy mniej zamożnych mieszkańców. Całość wciąż zachowuje swój charakter obronny.

Tradycyjna architektura zamieszkujących Atlas i południe Maroka Berberów od wieków nie ulega zmianie. Swoje skromne budowle mieszkańcy do dziś wznoszą według technologii wymyślonej tysiące lat temu – dolne partie murów wykonywane są z suszonej na słońcu gliny, często mieszanej z trawą oraz resztkami liści palmowych, natomiast górne z wypalanej cegły. Wieże kazb oraz ksarów – ufortyfikowanych wiosek, zwężają się ku górze i są dekorowane niezwykle skromnie. We wszystkich zabudowaniach okna są bardzo wąskie – niegdyś służyły one jako strzelnice, teraz wpuszczają do środka niewiele światła i nie pozwalają na nagrzanie się wnętrza domu od słońca. Niestety ze względu na użytą technologię i niesprzyjający klimat nawet najbardziej okazałe kazby, opuszczone, mogą się w ciągu kilkudziesięciu lat zamienić w ruiny. Wędrując dolinami Draa, Todra, Ziz czy Ounila spotyka się wiele takich częściowo zrujnowanych budowli. Wokół wszędzie skały i pustkowie. Zapamiętana z opadających ku Marrakeszowi stoków zieleń zniknęła jakby za dotknięciem palącego południowego słońca. Skwaru nie łagodzi nawet duża wysokość. Kamienne bloki otaczających turni czasami odrywają się i spadają w przepastne głębie dolin. Nic nie jest w stanie się oprzeć morderczym zmianom temperatur, sile wiatru i słońcu.

 

W lutym wszystkie pozornie opuszczone wioski ożywają. Odbywa się Wielkie Święto, Eid al-Kabeer. Tego dnia, na pamiątkę ofiary złożonej przez Abrahama w Mina, każda muzułmańska rodzina dokonuje rytualnego uboju jednego jagnięcia. W ten sposób kończy się okres pielgrzymek (hadżdż) do Mekki.

Sprzedawcy pchają wózki wypełnione owcami. Kupione beczące wniebogłosy zwierzęta mężczyźni niosą przerzucone przez plecy do domów. Przed drzwiami ojciec rodziny zabija zwierzę. Krew spływa ulicą, a dzieci zgodnie ze starodawnym rytuałem smarują nią: dziewczynki policzki dla urody, a chłopcy stopy, by w ten sposób zapewnić sobie odporność na zimno. W Atlasie zimą panują takie same temperatury, jak w Polsce w tym samym czasie. W końcu to góry o wysokości czterech tysięcy metrów nad poziomem morza.

Mięso owiec zostanie podzielone na trzy części – jedną zatrzyma się w domu i po porannym poście usmaży na uroczystą kolację, druga stanie się podarunkiem dla sąsiadów, ostatnia zaś będzie przekazana najuboższym w wiosce. Wąskie, spalone słońcem, pokryte pustynnym kurzem uliczki zmieniają się w ten świąteczny dzień. Intensywna czerwień, kolor krwi zupełnie nie pasuje do wszechobecnej tu wyblakłej ochry, żółci i szarości marokańskiego południa. Powietrze też jest inne niż zazwyczaj, mniej odczuwa się chłód nadciągającej górskiej nocy. W dzień Eid al-Kabeer wszędzie unosi się woń pieczonego mięsa. Zaledwie jeden dzień jazdy dzieli Dolinę Ounila od Gorge du Todra. Najlepiej  dotrzeć do wąwozu wieczorem. Trafia się wtedy na niezwykły spektakl.

Czerwony wapień zaczyna płonąć w świetle zachodzącego słońca. Chmury wylewające się zza grani stopniowo pożerają kolejne turnie tak, że już po chwili z 300-metrowego Pillier du Couchon pozostaje jedynie 50-metrowa dolna część ściany. Todra, mekka wspinaczy z całego świata, którzy w tym miejscu zagubionym pomiędzy Atlasem Środkowym a Wysokim szukają egzotycznej dawki adrenaliny, stopniowo pogrąża się w chłodnym, wilgotnym mroku.

Amatorów wspinaczki przyciąga do wąwozu Gorge du Todra możliwość wspinania się na długich i krótkich drogach o bardzo zróżnicowanym stopniu trudności (z przewagą łatwych i średniotrudnych), piękna wapienna skała ze świetnym tarciem, dobra asekuracja, no i oczywiście egzotyka Maroka.

Przez góry Atlasu wiedzie droga jeszcze dalej na południe, na pustynię. Nasyceni wędrówkami po górskich szlakach w ciągu kilku godzin możemy się przenieść do zupełnie innego świata. Ciągnące się po horyzont ergi, ruchome wydmy Sahary zamykają Maroko od południa. Wysokie na kilkadziesiąt metrów góry piasku to nie tylko doskonały punkt obserwacyjny do podziwiania wschodu słońca, ale również świetne miejsce do uprawiania narciarstwa i snowboardingu. Leżące na granicy pustyni auberge, niewielkie hotele w tradycyjnych marokańskich budynkach, w swej ofercie mają wypożyczanie nart i snowboardów. Do podnóża piaszczystych stoków dowiozą wielbłądami lokalni przewodnicy. Od upragnionej chwili zjazdu dzieli już tylko kilkadziesiąt minut podejścia w osuwającym się piasku. Zjazd po piaszczystym stoku przypomina nieco jazdę w puchu, wystarczy usiąść na tyłach nart i delikatnie balansując ciałem, pozwolić nieść się deskom w dół.

397788_490753414313309_608373804_n

Kiedy wieczorem dociera się do hotelu, z jego wnętrza dobiega frenetyczny rytm bębnów i zapach gotującej  się tadżin, najbardziej popularnego dania w Maroku – ziemniaków zapieczonych z mięsem, warzywami i przyprawami w charakterystycznym glinianym naczyniu ze stożkowatą pokrywką. Z każdą chwilą robi się coraz mroczniej, pojawia się coraz więcej cieni. Wydaje się, jakby za chwilę do posiłku z przybyszami, w blasku płonących w wąwozach ognisk, mieli usiąść Beduini, Tuaregowie i wojowniczy Berberowie. Wszystko pachnie przygodą. To właśnie prawdziwe Maroko.

Tekst: Darek Szyłko